M-Pesa – mobilne płatności bez Internetu i banków

Niektóre projekty (paradoksalnie) stają się innowacjami społecznymi dzięki temu, że ich pomysłodawcy potrafią wykonać krok wstecz w stosunku do procesów/standardów/technologii aktualnie królujących w krajach wysoko rozwiniętych.

Tak właśnie dochodzi się do innowacyjnych rozwiązań problemów powszechnych w krajach rozwijających się. W tym przypadku był to problem braku dostępu do bankowości większości obywateli Kenii. W Kenii nie tylko brak było oddziałów bankowych i bankomatów, ale także mało kto posiadał konto bankowe. Utrudniało to znacząco nie tylko funkcjonowanie zwykłym ludziom (kłopoty z przekazywaniem pieniędzy na odległość, opłacaniem rachunków itd.), ale także hamowało rozwój gospodarczy kraju. Operowanie wyłącznie gotówką skutkowało również wszechobecnymi nadużyciami, na czele z bardzo częstym przywłaszczaniem środków przez osoby nieuprawnionym.

Wiemy już, do czego obywatele Kenii nie mieli dostępu. Ktoś więc zadał sobie pytanie – do jakiej formy łączności/komunikowania się Kenijczycy mają powszechny dostęp? Oczywiście nie było mowy o Internecie. Tu właśnie należało wykonać ten symboliczny krok „do tyłu” i zauważyć, że siła tkwi w sieci telefonii komórkowej. W przeciwieństwie do bankowości czy Internetu zasięg telefoniczny w Kenii pokrywał już od dawna zdecydowaną większość kraju (tzn. ma do niego dostęp zdecydowana większość obywateli). Należało więc połączyć bankowość z siecią telefoniczną.

Podjął się tego operator Safaricom (obecnie część Vodafone) tworząc platformę bankowości mobilnej M-Pesa. Platforma ruszyła w 2007 roku, a już 12 miesięcy później posiadała 2 miliony użytkowników (wbrew ostrożnym przewidywaniom operatora, który założył wynik 60 000). Dziś, po 11 latach istnienia, na platformie zarejestrowanych jest ponad 30 milionów kont, a sam serwis dostępny jest już w 10 krajach – w Kenii, Tanzanii, Demokratycznej Republice Konga, Lesotho, Egipcie, Ghanie, Mozambiku, Indiach, ale także w Albanii i Rumunii!

Aby wyjaśnić fenomen M-Pesa – szczególnie na gruncie pierwotnym – kenijskim – należy wymieć wszystkie funkcjonalności systemu. Platforma pozwala przede wszystkim założyć konto przypisane do swojego numeru telefonu. Z tego konta można opłacać wszelkie rachunki, a także płacić za praktycznie wszystkie produkty i usługi – od zakupów w sklepie spożywczym, przez zakup gazety od ulicznego sprzedawcy, po bilety lotnicze. Na konto w serwisie można również otrzymywać wypłatę. Pozwala także na przelewanie pieniędzy innym użytkownikom (natychmiastowe!) oraz osobom niezarejestrowanym. Z konta można oczywiście wypłacać gotówkę – w tysiącach punktów (mikroagencji) w całej Kenii. Transakcje wykonuje się i potwierdza SMS-owo oraz PIN-em. Wszystko to sprawiło, że M-Pesa jest w Kenii wszechobecna. Korzystają z niej osoby w każdym wieku, płacąc za niemal każdy rodzaj produktów lub usług, opłacając rachunki, mandaty i kieszonkowe swoich dzieci. Safaricom w międzyczasie wprowadziło kolejne usługi powiązane z systemem, np. serwis ubezpieczeń i pożyczek. Warto dodać, że prowizja nałożona przez operatora na wszystkie operacje wykonywane za pomocą serwisu jest symboliczna.

M-Pesa nie tylko w wieloraki sposób ułatwiła Kenijczykom codzienne życie oraz pozwoliła na rozwój wszelkich usług, ale też ograniczyła znacząco wspomniane wcześniej, a spotykane na każdym kroku, nadużycia finansowe. Wkraczanie serwisu do kolejnych krajów świadczy o tym, że jest to rozwiązanie uniwersalne i skuteczne w wielu miejscach borykających się z podobnymi problemami. Trzeba jednak przyznać, że w żadnym kraju nie robi na razie tak zawrotnej kariery, jak w Kenii. M-Pesa to po prostu kenijskie rozwiązanie szyte na miarę kenijskiej rzeczywistości, którego efektywność przerosła oczekiwania twórców oraz granice państwa. A nawet kontynentu.

PS. „Pesa” to w języku swahili „pieniądze”; M – to skrót od mobilności.

Źródła: http://www.vodafone.com/content/index/media/vodafone-group-releases/2017/m-pesa-10.html

http://fridomia.pl/2017/03/08/m-pesa-w-kenii-i-nie-tylko/

https://www.safaricom.co.ke/images/Downloads/Resources_Downloads/Safaricom_2017_Annual_Report.pdf

Fot. By Realt0n12 – Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=20290079

https://www.facebook.com/MPesaMocambique/

Kraj: Kenia

Car-sharing – auto na minuty, korzyści na stałe

To, że w mieście można skorzystać z systemu wypożyczalni rowerów (czy to publicznego, czy prywatnego) jest obrazem już dość dobrze utrwalonym w świadomości mieszkańców polskich miast. Korzystanie z wypożyczonych rowerów, zamiast użytkowania własnych,  podbiło serca Polaków z wielu powodów: po pierwsze nie każdy ma rower, po drugie własny rower wymaga dbania o przeglądy i naprawy; po trzecie własny rower (niestety) strach zostawić w przypadkowym miejscu w mieście; po czwarte własnego roweru zwykle nie zabierzemy ze sobą odwiedzając inne miasto itp., itd.

Od razu narzuca się pytanie, czy w podobny sposób nie można by rozwiązać problemu przemieszczania się po mieście samochodem? Otóż można! Jest to właśnie usługa „car-sharingu” – w Polsce dopiero raczkuje, ale w niektórych krajach Europy Zachodniej, a szczególnie w Stanach Zjednoczonych, króluje już od dobrych kilku lat.

Car-sharing jest jednym z przejawów „sharing economy” czyli ekonomii współdzielenia. Polega na stworzeniu w mieście sieci stacji, w których można wypożyczyć/oddać samochód lub, alternatywnie, na wyposażeniu samochodów w nadajniki GPS, tak, że możliwe będzie ich wypożyczenie/oddanie w dowolnym miejscu. Ten drugi mechanizm zwykle bardziej zachęca użytkowników. Płaci się za czas przejazdu (liczony najczęściej w minutach) oraz za przejechane kilometry. Niższa jest opłata za minutę postoju, a wyższa za minutę jazdy. W Polskich warunkach daje to zwykle w przeliczeniu nieco więcej niż złotówkę za kilometr.

Car-sharing jest czymś więcej niż tylko alternatywą dla korzystania z taksówek. Właściciele systemów car-sharingowych twierdzą nawet, że te dwa rodzaje usług właściwie ze sobą nie konkurują – ponieważ sytuacje, w których wybieramy taksówkę są inne niż te, w których sami siadamy za kierownicą. Tak więc wypożyczony samochód to raczej zamiennik własnego auta użytkownika.

A z tego już dość łatwo wysnuć pozytywne wnioski na temat rezultatów, jakie może przynieść ze sobą wprowadzenie car-sharingu do miast. Wypożyczenie samochodu na minuty to oczywiście opcja przede wszystkim dla osób rzadko korzystających z samochodu. Wypożyczanie auta kilka razy w miesiącu na dość krótkie dystanse jest znacznie tańsze niż utrzymywanie własnego auta, które tylko z rzadka opuszcza miejsce parkingowe. Tak więc, dzięki dostępności usługi car-sharingu, sporadyczni użytkownicy samochodów mogą zrezygnować z ich posiadania. A takich w rzeczywistości miejskiej jest bardzo wielu. A więc i skutek może być znaczący.

Czy rzeczywiście jest? Od niedawna mamy na to pytanie konkretną odpowiedź. Naukowcy z Transportation Sustainability Research Center Uniwersytetu Berkeley dokonali oceny rzeczywistych efektów działania systemu Car2Go w pięciu miastach Ameryki Północnej: Waszyngtonie, Seatle, San Diego, Calgary i Vancouver. Ustalono, że jeden samochód dostępny w car-sharingu wypiera z dróg od 7 do 11 samochodów prywatnych. W badanych miastach liczba aut prywatnych spadła o 28 tysięcy, a kierowcy przejechali 144 mln mil mniej niż wcześniej własnymi samochodami.

Konsekwencją takiego stanu rzeczy są oczywiście oszczędności na poziomie gospodarstw domowych, ale także konkretne skutki środowiskowe i społeczne. Mniej samochodów na drogach, to przede wszystkim mniejsza emisja zanieczyszczeń, a więc lepsze warunki życia mieszkańców miast. W Waszyngtonie wprowadzenie Car2Go spowodowało spadek emisji spalin o 18 procent! Mniejsza liczba pojazdów wyjeżdżających codziennie na ulice, to też mniejsze zatłoczenie, a więc lepsze warunki dla autobusów miejskich oraz wszelkich służb.

To właśnie dlatego usługa car-sharingu może być uznana za innowację społeczną – na różne sposoby przyczynia się do podniesienia poziomu życia mieszkańców miast. W Polsce funkcjonuje kilka firm oferujących taką usługę – największe to Traficar i PANEK CarSharing. Trzymajmy kciuki, aby jej dostępność i popularność w polskich miastach w krótkim czasie wzrosła na tyle, aby i u nas przynieść wymierne korzyści społeczne i środowiskowe. Szczególnie w obliczu koniecznej, a na razie bardzo…subtelnej walki władz polskich miast ze smogiem. Jednak sam car-sharing, aby się rozwijać, również potrzebuje wsparcia władz miast – w postaci sprzyjających przepisów, np. obniżenia opłat za parkowanie użytkownikom tego typu aut lub zezwolenia na jazdę buspasami. Brzmi odlegle…? Obyśmy jak najszybciej przekonali się, że wszystko jest możliwe!

Źródła: http://www.miasto2077.pl/car-sharing-pustoszy-ulice-jeden-samochod-wspolny-wypiera-az-jedenascie-prywatnych/

http://moto.pl/MotoPL/7,88389,22053314,car-sharing-czy-to-sie-oplaca-porownalismy-oferty-firm-ktore.html

fot. https://www.facebook.com/pg/car2go

Kraj: USA, Polska

Tłumacz na wyciągnięcie ręki

Być osobą głuchą to jak przebywać w kraju, w którym nikt nie zna języka, którym mówimy. W takiej sytuacji każde wyjście w przestrzeń publiczną staje się wyzwaniem, jest okupione stresem i niepewnością, czy uda nam się załatwić najprostsze sprawy. A co dopiero, gdy chodzi o kwestie urzędowe, bankowe itp., gdzie nawet drobne niezrozumienie może nas drogo kosztować – czy to rzeczywiście, czy w przenośni.

Od 1 kwietnia 2012 roku obowiązują w Polsce przepisy Ustawy o języku migowym i innych środkach komunikowania się (Dz. U. Nr 209 z 2011 r., poz. 1243), zgodnie z którą administracja publiczna, służby ratowniczo-interwencyjne oraz publiczne jednostki ochrony zdrowia powinny zapewnić osobom głuchym dostęp do tłumacza języka migowego.  W praktyce, szczególnie urzędowej, wymaga to zazwyczaj wcześniejszego zgłoszenia przez osobę głuchą zamiaru odwiedzenia urzędu – nawet z kilkudniowym wyprzedzeniem – tak, aby urząd „zamówił” na odpowiedni dzień i godzinę tłumacza języka migowego. Żeby załatwić sprawę szybciej, trzeba skorzystać z pomocy pełnomocnika lub udać się do instytucji w towarzystwie „własnego” tłumacza. Nie trzeba wyjaśniać, że nie jest to zbyt dogodne dla interesanta.

Naprzeciw wymogom ustawy i trudnościom w jej praktycznym wdrożeniu wyszedł Polski Związek Głuchych Oddział Łódzki, który w dniu wejścia w życie ustawy udostępnił usługę pod nazwą „Wideotłumacz”.  Usługa polega na „wynajęciu” tłumacza języka migowego, który może być dostępny 5 dni w tygodniu w godzinach pracy danego urzędu/firmy/instytucji, ale przez Internet. Tłumacz urzęduje w siedzibie Polskiego Związku Głuchych. W razie potrzeby instytucja nawiązuje kontakt z tłumaczem za pomocą odpowiedniego programu komputerowego lub poprzez specjalny wideotelefon.

Korzyści z takiego rozwiązania są wszechstronne: urząd nie musi zatrudniać tłumacza, ani też wysyłać swoich pracowników na kurs języka migowego; interesant nie czuje się dyskryminowany, może w dogodnym dla siebie momencie udać się do urzędu, mając pewność, że zostanie profesjonalnie obsłużony.

Wideotłumacz to także usługa korzystna dla firm, które chcą spełniać najwyższe standardy obsługi wszystkich klientów. Posiadanie Wideotłumacza daje również możliwość dotarcia do nowej grupy klientów. Dostępna jest również odrębna usługa  – „Wideotłumacz na stronę www”.

Instytucje i firmy korzystające z Wideotłumacza otrzymują certyfikat i informacja o nich widnieje na stronie Polskiego Związku Głuchych. Szczegółowe informacje na temat usługi dostępne są na stronie www.wideotłumacz.pl.

W grudniu 2017 roku Wideotlumacz został nagrodzony w konkursie „The Innovation in Politics Awards” w kategorii „Jakość życia”. Tutaj można obejrzeć minutowy materiał, który został przygotowany na galę finałową. Konkurs ma służyć wyłuskaniu i nagrodzeniu innowacyjnych inicjatyw, które są przykładem kreowania polityki niosącej rzeczywiste korzyści dla obywateli państw Europy. Nagroda jest przyznawana przez The Innovation in Politics Insitut – więcej o tej  niezwykle ciekawej, bo oddolnej(!) instytucji można przeczytać tutaj.

 

Źródło: www.wideotłumacz.pl

Fot. https://www.facebook.com/wideotlumaczPJM/

Kraj: Polska

Przez żołądek do innowacji społecznej

Wydaje się, że z takiego właśnie założenia wyszli twórcy Eataway – projektu-akcji, którego podstawą jest zapraszanie do siebie i gotowanie dla zupełnie obcych, przypadkowych osób. Z jednej strony brzmi to banalnie, z drugiej nieco przerażająco – a w rzeczywistości okazuje się wspaniałym lekiem na wiele różnych społecznych dolegliwości.

Zacznijmy od początku. W 2015 roku Krakowianka Marta Bradshaw podróżowała wraz ze swoim mężem po Polsce. Po odwiedzeniu wielu restauracji i serii kulinarnych rozczarowań zamarzyła, aby móc stołować się u prywatnych osób i jeść lokalne domowe obiady. Tym bardziej, że jako Polka była przekonana o polskiej gościnności i talentach kulinarnych. Wróciwszy do Krakowa z miejsca wprowadziła swój pomysł w życie – postanowiła, że w każdą środę będzie zapraszać innych ludzi do siebie do domu na obiad. Zaproszenie, rozpowszechniane w Internecie, dotyczyło każdego, kto miał akurat w tym dniu i o tej porze ochotę na domowy obiad.

Na pozór szalona idea rozwinęła się błyskawicznie w międzynarodową akcję i doprowadziła do stworzenia międzynarodowej społeczności kucharzy i ich gości. Całość funkcjonuje dzięki platformie internetowej „Eataway.com”, w której rejestrują się kucharze oraz amatorzy domowych posiłków. Ponieważ wizyta u kogoś na obiedzie w ramach Eataway jest alternatywą wizyty w restauracji, za posiłek się płaci. Cena jest ustalana przez kucharza. Całość procesu  – ogłoszenie posiłku przez kucharza, rezerwacja miejsc, opłata i kontakt z kucharzem odbywają się za pomocą platformy.

Dlaczego Eataway można zakwalifikować do innowacji społecznych? Ponieważ jest nowatorskim projektem, który pomaga w radzeniu sobie z wieloma problemami społecznymi:

  1. Pomaga w nawiązywaniu kontaktów pomiędzy przedstawicielami różnych grup społecznych, którym w innych okolicznościach trudno byłoby się spotkać lub znaleźć wspólny język: to osoby w różnym wieku, różnych zawodów, o różnym statusie społecznym i materialnym, z różnych regionów, o różnych poglądach, zainteresowaniach itd.
  2. Szczególnym przypadkiem tego jest nawiązywanie kontaktów z otoczeniem przez osoby przyjezdne z innych krajów, szczególnie tych znacznie odrębnych kulturowo.
  3. Działalność w ramach „Eataway” może być też sposobem na pracę zarobkową, i znów – szczególnie dla osób z różnych powodów wykluczonych z regularnego rynku pracy – zwłaszcza przybyszów z innych krajów, ale też dla osób starszych, kobiet wychowujących dzieci i wielu innych.
  4. Eataway to także dzielenie się kulturą i podtrzymywanie tradycji – zarówno wśród Polaków z różnych regionów kraju, jak i dla gości z zagranicy. Wspólne gotowanie i jedzenie tradycyjnych potraw to nie tylko sposób na podzielenie się swoją kulturą z innymi, ale również na pielęgnowanie jej we własnej rodzinie czy społeczności.

Podsumowując, Eataway stało się inicjatywą wybitnie „włączającą” – wspiera tworzenie wielorakich więzi społecznych, staje się drogą do wyjścia z izolacji oraz pomaga ominąć różne pułapki, które mogłyby skutkować społecznym wykluczeniem. Z drugiej strony, a może właściwie z pierwszej!, uczestnictwo w Eataway jest dla kucharzy i ich gości potężnym źródłem radości, satysfakcji i wspaniałych doznań kulinarnych – po prostu bajka!

Wszystkie szczegóły na temat funkcjonowania platformy „Eataway.com” i uczestnictwa w inicjatywie można znaleźć na stronie www.eataway.com.

Źródło: https://www.eataway.com/

Fot. https://www.facebook.com/eataway/

Kraj: Polska i świat

Opowieść o pięciorozmiarowych butach

Wszyscy znamy historię o butach siedmiomilowych. A kto słyszał o butach pięciorozmiarowych? Niewielu. Tymczasem okazuje się, że te drugie są nawet lepsze niż te pierwsze. Jak to możliwe? Otóż, w przeciwieństwie do siedmiomilowych, są prawdziwe. I rozwiązują prawdziwy problem.

The Shoe That Grows („Buty, które rosną”), czyli buty regulowanej długości, zostały stworzone przez organizację charytatywną Because International specjalnie na potrzeby dzieci i młodzieży z biednych krajów Afryki, Ameryki Południowej i Azji. W wyglądzie przypominają sandały, jednak o bardzo porządnej i wytrzymałej konstrukcji. Ich najważniejszą cechą jest to, że można regulować ich rozmiar, powiększając je o pięć rozmiarów. W związku z tym buty takie powinny służyć jednemu dziecku przez około 5 lat.

Aż dziwne, że ktoś nie wymyślił tego wcześniej, prawda? Przecież widok bosych lub ubranych w resztki butów dzieci z krajów tzw. Trzeciego Świata jest nam tak dobrze znany! A może właśnie dlatego? Wydawało się, że to normalny stan rzeczy – zmiany niewymagający albo do zmiany niemożliwy.

Tymczasem zapewnienie dzieciom z biednych krajów obuwia to nie tylko kwestia ich wygody, ale przede wszystkim sposób na ochronę przed chorobami przenoszonymi przez glebę. W tej chwili na choroby takie cierpi około 1,5 miliarda ludzi.

Na usprawiedliwienie tego, że regulowane buty dla dzieci powstały dopiero kilka lat temu, można przywołać fakt, że proces ich projektowania i testowania trwał aż 5 lat. Autorstwo wdrożonego projektu należy do Amerykanina Kentona Lee, który wpadł na pomysł stworzenia regulowanych butów podczas swojego pobytu w Kenii w 2007 roku. Od 2012 roku rozprowadzonych po świecie zostało 120 tysięcy par, które trafiły do 91 krajów. Jednak para takich butów kosztuje około 50 zł, a produkowane są w Chinach i w Etiopii. Szczegółowe informacje na temat projektu można znaleźć na stronie www.theshoethatgrows.org.

Historia The Shoe That Grows dobitnie pokazuje, że miejsce na innowację społeczną pojawia się tam, gdzie ktoś, w przeciwieństwie do tysięcy osób przed nim, zobaczy nie sam problem, a możliwość jego rozwiązania. W konsekwencji innowacja społeczna zaskakująco często opiera się na realizacji bardzo prostego pomysłu. Sama realizacja może wymagać wykorzystania bardziej zaawansowanych środków, jednak podstawą jest pomysł. I zdolność dostrzegania możliwości tam, gdzie inni widzą wyłącznie ograniczenia.

Źródła: https://becauseinternational.org/

https://theshoethatgrows.org/

https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/pomoc-dla-krajow-trzeciego-swiata/lfr9xgv

fot. https://www.facebook.com/TheShoeThatGrows/

Kraj: USA

Akademia Życia – zwycięski opis I edycji konkursu „Podziel się innowacją – jak w nowy sposób rozwiązywać problemy społeczne”

Prezentujemy opis innowacji społecznej, który zwyciężył w I edycji konkursu „Podziel się innowacją – jak w nowy sposób rozwiązywać problemy społeczne”. Autorem opisu oraz innowacji jest Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ.

Akademia Życia

Tragiczny w skutkach wypadek… Diagnoza: przerwany rdzeń kręgowy i wózek inwalidzki do końca życia. W ciągu kilku sekund ich świat się wali… Tracą niezależność, często również sens życia. Tracą pierwszą miłość, żonę lub męża, którzy nie są w stanie udźwignąć ciężaru niepełnosprawności. Muszą przerwać naukę, zrezygnować z pracy, porzucić marzenia… Znamy historie tych ludzi. Każda jest inna i każda niezwykle poruszająca. Wszystkich łączy jedno – marzenie o tym, żeby znów być niezależnym w życiu.

Tej niezależności uczymy w Akademii Życia – specjalnych mieszkaniach treningowych w Koninie. Chętni z całej Polski przeprowadzają się tu na kilka miesięcy, aby oswoić się ze swoją niepełnosprawnością i nauczyć żyć od nowa. Jednocześnie z dwóch mieszkań może korzystać 8 osób z niepełnosprawnością ruchową. W każdym z nich jest łazienka i kuchnia. Wszystko dostosowane do potrzeb mieszkańców.

Na początku uczestnicy Akademii uczą się ubierać, przesiadać z łóżka na wózek i bezpiecznie na nim jeździć. Kolejne stopnie wtajemniczenia to radzenie sobie w łazience i w kuchni. Samodzielne chwycenie kubka w bezwładne dłonie, przygotowanie posiłku, spacer po mieście, jazda komunikacją miejską, sport… Zajęcia z samoobsługi prowadzą trenerzy niezależnego życia – osoby, które same poruszają się na wózkach. Przez całą dobę zapewniamy opiekę specjalnie przygotowanych asystentów. Równoległa praca z psychologiem i coachem pozwala uczestnikom układać sobie życie i planować przyszłość również pod kątem pracy. A jak już są pewni, co chcą robić zawodowo, to mocno biorą się do nauki. Tutaj każdy dzień ma znaczenie!

Innowacją w Akademii Życia jest proces pracy. Każda osoba jest traktowana bardzo indywidualnie i dla każdej opracowujemy plan pracy odpowiadający jej potrzebom i dopasowany do możliwości. Tu nie ma szkoleń dla wszystkich.

Adam przed wypadkiem pracował jako magazynier. W Akademii nauczył się obsługi specjalnego programu do zarządzania magazynem i wrócił do tego samego pracodawcy. Dzisiaj jest zatrudniony na stanowisku pracownik biurowy. Przed wypadkiem trenował boks i chciał się tym zająć zawodowo. W Akademii ponownie założył rękawice i trenował w Klubie Bokserskim Zagłębie Konin.

Konrad studiował w Dęblinie w Wyższej Szkole Oficerskiej Sił Powietrznych, na tzw. lotce, czyli kierunku lotniczym. Na początku kwietnia 2016 r. rozbił się na motorze. Po wypadku nie wrócił na uczelnię. W Akademii Życia ukończył pierwszy stopień kursu na księgowego i pomyślnie zdał egzamin. Obecnie odbywa staż w Stowarzyszeniu Instytut Zachodni w Poznaniu.Marcin skończył szkołę gastronomiczną, bo od zawsze chciał być kucharzem. Po wypadku nie wiedział co zrobić ze swoim życiem… W Akademii dowiedział się, że wózek nie jest przeszkodą w spełnianiu marzeń. Odbył praktyki zawodowe w restauracjach w Koninie i w Poznaniu, pozytywnie przeszedł badania lekarskie uprawniające do wykonywania zawodu kucharza. Najtrudniej było przekonać mamę, że chce i może pracować jako kucharz! Dzisiaj pracuje w restauracji w Szczecinie. Jest jednym z lepszych kucharzy! Podczas pobytu w Akademii rozpoczął również przygodę z koszykówką na wózkach i w Szczecinie stworzył swoją drużynę! Do Akademii wraca jako szkoleniowiec – organizuje warsztaty gotowania dla nowych uczestników Akademii Życia.Tomek w 2010r. spadł z drzewa. Ma bardzo wysoki uraz kręgosłupa i samodzielnie może ruszać jedynie  głową. W Akademii uczy się programowania i projektowania stron internetowych. Na razie chwyta rysik w usta i kursuje nim po touchpadzie. Na dłuższy czas to jednak uciążliwe, bo kark szybko się męczy. Dlatego jeden z asystentów Akademii znalazł firmę w Poznaniu, która zaprosiła Tomka na testy eyetruckerów – specjalnych narzędzi sterowanych wzrokiem oraz drugich, podobnych, ale kierowanych oddechem.Eryk przed wypadkiem pracował na budowie. Sprawność stracił skacząc do wody, aby ratować tonącego. W Akademii nauczył się tworzyć strony internetowe i bazy danych. Dzisiaj ma stałą pracę, odnowił kontakt z synem i planuje założyć własną firmę.To tylko niektóre przykłady spośród ponad 50 osób z niepełnosprawnością ruchową z całej Polski (18 – 25 lat), które dzięki Akademii odnalazły sens życia i uwierzyły, że mimo wózka mogą wiele osiągnąć.

17 osób z tego grona pracuje, 6 osób przygotowuje się do pracy odbywając staże. 7 osób podjęło dodatkową naukę (w tym przygotowanie do matury, szkoły policealne, kursy komputerowe). 6 osób mieszka samodzielnie, a jedna założyła rodzinę. 9 osób uprawia sport (koszykówka, żeglarstwo, paralotniarstwo i szermierka). Nikt już nie boi się podróżować i prosić innych o pomoc, 2 osoby samodzielnie poleciały zagranicę!

Akademię uruchomiliśmy w 2013 roku dzięki dotacji Fundacji VELUX i partnerstwu z Miastem Konin, które użyczyło i wyremontowało mieszkania.

Problemów w Akademii rozwiązujemy wiele – to przede wszystkim:

  • problemy, z którymi borykają się osoby z niepełnosprawnością ruchową, np. zależność od innych osób, brak pracy i jakiegokolwiek zajęcia, „uwięzienie” w domu z powodu barier architektonicznych lub psychicznych i wykluczenie ze społeczeństwa, brak motywacji do działania i do uczenia się samodzielności, blokada przed myśleniem o pracy („przecież nie pójdę do pracy, skoro nawet w toalecie potrzebuję pomocy drugiej osoby”),
  • problemy ich najbliższych – konieczność rezygnacji z pracy jednego z rodziców, aby zajmować się niepełnosprawnym członkiem rodziny (niższy status materialny), często nadopiekuńczość, która prowadzi do osłabienia gotowości osoby niepełnosprawnej do aktywnego życia,
  • problemy ekonomiczne – osoba z niepełnosprawnością siedząca w domu, bez pracy, otrzymująca świadczenia socjalne i rehabilitacyjne + jeden z członków rodziny bez pracy, ale z zasiłkiem pielęgnacyjnym generują znaczące koszty i obciążają budżet państwa.

Na podstawie ponad 4 lat pracy Akademii Życia wiemy, że mimo traumatycznych przeżyć, wielu miesięcy spędzonych w szpitalu, z rękoma, które nie mają chwytu i z ciałem które niczego nie czuje można odzyskać niezależność! To BARDZO TRUDNE, wymaga wielu miesięcy ciężkiej pracy i niezwykle silnej motywacji, ale MOŻLIWE!

Zainteresowanie Akademią jest bardzo duże. Przyjeżdżają do nas zainteresowane samorządy i organizacje z kraju i zagranicy, aby podpatrzeć jak Akademia działa. Chętnie dzielimy się wiedzą i wierzymy, że podobne mieszkania będą powstawały w całej Polsce.

Autorstwo opisu wraz ze zdjęciami: Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ

http://akademiazycia.org

https://podajdalej.org.pl/

 

Kraj: Polska

Zawód: Artystka

Ile dziewczynek na pytanie „Kim będziesz w przyszłości?” odpowiada dumnie: „Artystką!”? Bardzo dużo. Odpowiedź ilu z nich zostaje potraktowana poważnie? Niewielu. Ile z nich zrealizuje swoje marzenie? Przekuje pasję w rzeczywisty zawód? Jednostki.

Część z tych dziewczynek rzeczywiście podejmie kształcenie artystyczne, ale kto poważnie traktuje kobiety-artystki? Ile razy usłyszą: „Jak z tego wyżyć?”, „Tym się nie da zarobić na życie”, „Musisz mieć jakiś konkretny zawód, pracę, a malować przecież możesz po godzinach” itp. itd.

Zaplanowanie i zorganizowanie swojej drogi zawodowej przez przyszłe artystki jest dla nich ogromnym wyzwaniem, a zaczyna się uwierzenia, że taką drogę rzeczywiście przed sobą mają. Ten społeczny problem wzięły na celownik członkinie kolektywu Future Simple (www.futuresimple.pl) – Paulina Czapska, Anna Szapert i Anka Pelc – edukatorki, trenerki, terapeutki i aktywne zawodowo artystki. Stworzyły projekt „Zawód: Artystka – ćwiczenia z pracą”.

Projekt realizują  w ramach programu grantowego „TransferHUB generowanie, wsparcie grantowe i inkubacja innowacji społecznych. Przejście z systemu edukacji do aktywności zawodowej” prowadzonego przez inkubator innowacji społecznych „TransferHUB” (www.transferhub.pl). Okazuje się bowiem, że problem z odnalezieniem się na rynku pracy przez artystki wpisuje się w szerszy kontekst – problem sprawnego przejścia ze „szkoły” do „pracy” przez młodych ludzi w ogólności.

Projekt „Zawód: Artystka – ćwiczenia z pracą” to, jak mówią same autorki, „innowacyjny pomysł na tworzenie zawodowej sieci wsparcia dla artystek (twórczyń, kuratorek, animatorek, producentek kreatywnych i menedżerek kultury)”. Projekt realizowany jest przez Future Simple dwutorowo – członkinie kolektywu prowadzą kursy w formie cykli 6 spotkań grupowych, a także wydały bezpłatny podręcznik – wszystko pod tym samym tytułem „Zawód: Artystka – ćwiczenia z pracą”.

O swoim wydawnictwie mówią: „Opracowałyśmy model wsparcia dla artystek. Opisałyśmy nasze doświadczenia i zebrałyśmy przydatną wiedzę w pierwszym w Polsce bezpłatnym podręczniku dla młodych artystek wchodzących na rynek pracy. Zawarte w tej publikacji informacje, teorie i ćwiczenia zostały przetestowane podczas kilkuset godzin pracy grupowej i indywidualnej z odważnymi i gotowymi do dzielenia się swoimi pomysłami kobietami–artystkami”. Podręcznik można otrzymać pocztą po uprzednim zgłoszeniu zapotrzebowania na adres hallo[at]futuresimple.pl.

Rozwój projektu, powiązane wydarzenia, terminy kolejnych kursów oraz wszelkie aktualności można śledzić na Facebooku https://www.facebook.com/ZawodArtystka/.

Źródła: https://www.facebook.com/ZawodArtystka/

http://www.futuresimple.pl/

fot. https://www.facebook.com/ZawodArtystka/

Kraj: Polska

Gospodarstwa opiekuńcze – czyli rolnictwo społeczne, jako nowa perspektywa dla gospodarstw rolnych

Gospodarstwa opiekuńcze – pod tą przyjemną dla ucha nazwą kryją się nowe możliwości rozwoju dla gospodarstw rolnych, a tym samym perspektywa lepszej przyszłości obszarów wiejskich.

Od kilkudziesięciu już lat kwestia efektywnego funkcjonowania obszarów wiejskich jest poważnym problemem niemalże wszystkich krajów Europy. Mamy tu do czynienia z całym zestawem wyzwań – wyludnianiem się obszarów wiejskich, koniecznością dywersyfikacji dochodów, szczególnie w małych gospodarstwach rolnych, czy niewykorzystanymi zasobami siły roboczej w gospodarstwach rolnych – to tylko niektóre z nich.

Wymyślenie innowacyjnego, powtarzalnego w skali świata lekarstwa na powyższe problemy już byłoby ogromnym sukcesem. A jednak ktoś poszedł jeszcze dalej i zaprojektował taką formę funkcjonowania gospodarstw rolnych, która nie tylko na nowo nadaje im rację bytu, a ich właścicielom zapewnia realne dochody, ale również rozwiązuje problemy innych grup społecznych.

Gospodarstwa opiekuńcze, bo o nich właśnie mowa, mogą być odpowiedzią na potrzeby rolników oraz jednocześnie osób niepełnosprawnych, osób starszych, osób z demencją i innych grup zagrożonych wykluczeniem społecznym. Na czym polega ich funkcjonowanie? Najczęściej działają na zasadzie dziennych (czasem całodobowych) ośrodków opieki/pobytu/terapii lub aktywności włączającej. Gospodarstwa rolne wraz z całym swoim wyposażeniem, rytuałami, obowiązkami, zwierzętami i naturalnym otoczeniem mogą stać się idealnym miejscem wypoczynku, terapii i/lub integracji – w ten sposób ich istnienie na nowo nabiera realnego sensu społecznego i ekonomicznego.

Tak więc rozwijanie usług społecznych na obszarach wiejskich może być skutecznym sposobem na przezwyciężenie wielu negatywnych zjawisk społeczno-ekonomicznych: tych związanych z funkcjonowaniem obszarów wiejskich, ale też takich, jak starzenie się społeczeństwa, niewystarczająca liczba placówek opiekuńczych dla osób starszych, wysokie koszty zapewnienia opieki osobom starszym i osób niesamodzielnym, osamotnienie osób starszych, związane m.in. z emigracją najbliższych członków rodziny, izolacja społeczna przedstawicieli niektórych grup społecznych (np. osób niepełnosprawnych intelektualnie, byłych więźniów, byłych narkomanów itp.).

Jak możemy przeczytać na stronie Centrum Doradztwa Rolniczego w Brwinowie Oddział w Krakowie (http://www.gospodarstwa-opiekuncze.pl/) wdrażającego obecnie pilotażowy projekt związany rozpowszechnianiem idei gospodarstw opiekuńczych („Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich: Europa inwestująca w obszary wiejskie”. Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Krajowej Sieci Obszarów Wiejskich. Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014-2020), gospodarstwa te „wpisują się w nurt tzw. rolnictwa społecznego. Jest to alternatywne podejście do rolnictwa opierające się na założeniu, że zasoby gospodarstwa rolnego mogą być efektywnie wykorzystane do innej działalności. Można zatem rozumieć rolnictwo społeczne jako połączenie działalności rolniczej z działalnością społeczną w wyodrębnionych czterech obszarach: zajęcia reedukacyjne i terapeutyczne; integracja poprzez pracę i włączanie społeczne; działania pedagogiczne; usługi opiekuńcze”.

W Polsce idea gospodarstw opiekuńczych jest również  obecnie wdrażana przez Kujawsko – Pomorski Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Minikowie w partnerstwie z Lokalną Grupą Działania „Bory Tucholskie” w ramach projektu „Zielona opieka – gospodarstwa opiekuńcze w woj. kujawsko-pomorskim” (w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Kujawsko- Pomorskiego na lata 2014-2020, jest to oś priorytetowa IX realizowana ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego, poddziałanie dedykowane usługom społecznym – http://www.opieka.kpodr.pl/pl/zielona-opieka/o-projekcie/).

Jak to w przypadku wielu innowacji społecznych bywa, o ile w naszym kraju jesteśmy świadkami pierwszych prób wdrażania idei, o tyle w wielu krajach Europy zachodniej funkcjonuje ona z powodzeniem już od ponad 20 lat. Pierwsze tego typu gospodarstwa pojawiły się w Europie w połowie lat 90. XX wieku w Holandii. W tej chwili działają także np. w Wielkiej Brytanii i we Włoszech – nazywane są różnie: Social Farming, Farming for Health, Green Care, Care Farming, Green Exercise, Agricultural Therapy, ale wszystkim przyświecają te same, opisywane wcześniej cele.

Implementacja idei gospodarstw opiekuńczych w Polsce jest dużym wyzwaniem, które wiąże się z koniecznością poszukiwania odpowiednich form prawnych i organizacyjnych dla tego typu podmiotów, potrzebą określenia źródeł ich finansowania oraz sposobu działania. Informacje na temat przyjętych w powyższych kwestiach rozwiązań dostępne są m.in. na stronie http://www.gospodarstwa-opiekuncze.pl/.

Warto śledzić rozwój tej innowacji w Polsce, warto o niej opowiadać i jej kibicować, gdyż w naszym kraju, ze względu na szczególnie wysoki odsetek osób wciąż zatrudnionych w sektorze rolniczym, a z drugiej strony nie omijające nas przecież starzenie się społeczeństwa, może stać się prawdziwym wybawieniem i realnym sposobem na wyrównywanie szans – wielu grup społecznych jednocześnie.

Źródła: http://www.gospodarstwa-opiekuncze.pl/

http://witrynawiejska.org.pl/component/k2/item/46721-gospodarstwa-opiekuncze

http://www.opieka.kpodr.pl/pl/zielona-opieka/o-projekcie/

http://ksow.pl/projekty-partnerow-jc-ksow/gospodarstwa-opiekuncze-rozwijanie-uslug-spolecznych-na-obszarach-wiejskich.html

fot. http://kpodr.com.pl/opieka_old/index.php/component/content/article?layout=edit&id=36

Kraje: Holandia, Wielka Brytania, Włochy, Polska

Nie oceniaj książki po okładce – skorzystaj z Żywej Biblioteki

Powiedzenie to zna niemal każdy i również niemal każdy potrafi łatwo objaśnić jego znaczenie. Najprawdopodobniej użyje przykładu zbyt łatwego oceniania (osądzania) jednych osób przez drugie. Ale czy na co dzień wcielamy to przysłowiowe ostrzeżenie w życie? Wydaje się, że dzisiejszy świat wcale nie jest bliższy realizacji tego hasła niż był kiedyś. Grupy społeczne zagrożone wykluczeniem, dyskryminowane czy zagrożone łatwym i niesprawiedliwym osądem są ciągle bardzo liczne. Co więcej, każdy człowiek może odczuwać uprzedzenia do innych grup ludzi – zależnie od swoich doświadczeń życiowych, wychowania, środowiska pochodzenia.

Jak temu zaradzić? Jak walczyć z niechęcią, nietolerancją? Doskonale wiadomo, że najlepszym polem dla uprzedzeń jest brak informacji lub, co gorsza, fałszywe informacje na czyjś temat. Trzeba więc umożliwić głębsze zapoznanie się z tym, do kogo czujemy niechęć – czyli z otaczającymi nas nieznanymi „książkami”. Należy umożliwić dostęp do prawdziwych i możliwie obiektywnych informacji z pierwszej ręki. Jak? Najlepiej poprzez kontakt ze źródłem – w tym wypadku źródłem czyichś obaw – czyli przedstawicielami grup społecznych najczęściej padających ofiarami uprzedzeń.

Tak powstała idea „HUMAN LIBRARY”, czyli „Żywej Biblioteki”. W bibliotece takiej „książkami” są wspomniane wcześniej osoby o trudnym statusie społecznym – przedstawiciele różnych religii, nastoletnie matki, homoseksualiści, ofiary przemocy domowej, imigranci itp. „Wypożyczający” to wszyscy, którzy chcą uzyskać rzetelne informacje na temat osób z różnych względów innych od siebie. „Biblioteką” jest najczęściej sala z wieloma przyjaznymi miejscami do odbywania rozmów – stolikami, kanapami, pufami. Na miejscu powinien być również zapewniony catering oraz oczywiście wieloaspektowa pomoc organizatorów przedsięwzięcia. Każda realizacja Żywej Biblioteki jest obwarowana szczegółowym regulaminem – kontakt „wypożyczających” z „książkami” ma opierać się na wzajemnym szacunku i być możliwie jak najmniej stresujący dla obu stron.

Pierwsza żywa biblioteka została zorganizowana przez grupę młodych aktywistów w Kopenhadze w 2000 roku. Niedługo potem powołali oni do życia stowarzyszenie „Human Library Organization”, które miało pomóc w promowaniu i rozpowszechnianiu idei oraz stworzyć przewodnik dla wszystkich, którzy chcieliby „otworzyć” własne Żywe Biblioteki. Pomysłodawcy przez kilka lat podróżowali do wielu krajów instruując i doradzając potencjalnym naśladowcom. Zachęcali, aby w stworzenie każdej biblioteki angażowali się nie tylko lokalni aktywiści, ale również przedstawiciele różnych organizacji i instytucji oraz lokalne władze administracyjne.

W ciągu kilkunastu lat żywe biblioteki stały się międzynarodowym ruchem na rzecz praw człowieka i różnorodnego społeczeństwa. Zaistniały w ponad 70 krajach świata, w tym w Polsce. W naszym kraju sieć organizacji pracujących metodą Żywej Biblioteki jest koordynowana przez Stowarzyszenie Diversja w imieniu Human Library Organization. Na stronie www.zywabibliotekapolska.pl dostępny jest ogólnopolski kalendarz nadchodzących Żywych Bibliotek oraz wszelkie instrukcje, kontakty, materiały, doświadczenia itp.

Jakie są efekty Żywych Bibliotek? Na pewno nie mają być natychmiastowe – podkreślają to sami pomysłodawcy i koordynatorzy wydarzeń i ma to swoje odzwierciedlenie w regulaminie: „Książki” Żywych Bibliotek mają zakaz przekonywania „Wypożyczających” do swoich poglądów, swojej wizji świata. Mają tylko udzielać informacji – zgodnie z prawdą wynikającą z własnych doświadczeń. To, czy i jak udzielone informacje wpłyną na światopogląd „Wypożyczających”, ma być kwestią ich późniejszych przemyśleń. Doświadczenie Żywej Biblioteki ma umożliwić każdemu odkrycie nowego sposobu patrzenia na ludzi wokół siebie – z szacunkiem i otwartością na to, co kryją pod (być może czasem niezachęcającą dla nas) okładką.

Źródła: https://dzialasz.ceo.org.pl/node/793

http://humanlibrary.org/

www.zywabibliotekapolska.pl

fot. http://zywabiblioteka.pl/

Kraj: Polska