Artykuły dotyczące Innowacji społecznych na świecie

Nauka bez granic

Platforma „Kiron” to przykład innowacji społecznej opartej na technologii i jednocześnie innowacji społecznej związanej z jednym z najbardziej aktualnych zagadnień społecznych Europy – rosnącej społeczności imigrantów (uchodźców). Jej autorami są dwaj niemieccy społecznicy współpracujący z uchodźcami.

Vincent Zimmer i Markus Kreßler podczas swojej pracy zauważyli, że jednym z problemów, z którym mierzą się imigranci, jest właściwie brak możliwości podjęcia studiów w nowym kraju zamieszkania – przede wszystkim ze względu na trudności proceduralne. Sytuacja ta ma daleko posunięte konsekwencje – ukończenie studiów otwiera przed uchodźcami możliwość podjęcia pracy, poniesienia poziomu życia, jest bardzo ważne w procesie włączania społecznego.  W związku z tym, że uchodźcom trudno dostać się na uczelnię, niemieccy innowatorzy wpadli na pomysł, aby umożliwić im podjęcie kursów prowadzonych przez uniwersytety w formie kursów e-learningowych. Do tego celu stworzyli specjalną platformę e-learningową. Okazało się, że wiele uczelni – i to nie tylko niemieckich – jest chętnych do podjęcia takiego rodzaju współpracy.

Należy zaznaczyć, że system kształcenia oferowany przez platformę Kiron nie jest systemem uniwersyteckim – studenci, który ukończyli dany kurs, nie otrzymują dyplomu i stopnia naukowego, lecz certyfikat. Podjęcie kursów danego uniwersytetu na platformie może pomóc w dostaniu się na sam uniwersytet, ale w tej chwili taka możliwość dotyczy jedynie uchodźców-studentów mieszkających w Niemczech, Jordanii oraz Libanie. Jednak wciąż muszą oni sprostać wymaganiom stawianym przez daną uczelnię. Korzystanie z platformy jest bezpłatne dla uchodźców oraz osób oczekujących na przyznanie azylu. Oprócz kursów tematycznych oferowanych przez uczelnie, platforma zapewnia także naukę języka. Jednak przy zapisie na kursy dostępne na Kironie wymagana jest znajomość języka angielskiego na poziomie minimum B1 – ponieważ wszystkie kursy prowadzone są w tym języku.

Obecnie platforma oferuje kursy z 56 uniwersytetów z Niemiec i Wielkiej Brytanii. Z kursów korzysta lub już skorzystało 3200 studentów. Platforma działa dzięki zaangażowaniu kilkuset wolontariuszy z kilku krajów.

Warto dodać, że wśród korzystających z platformy szczególnie ważną i liczą grupę stanowią kobiety. Dla nich możliwość zdalnego kształcenia się jest szczególnie istotna – nie tylko ze względu na ograniczenia proceduralne, ale często również te wynikające z czynników kulturowych.

Na koniec kilka słów wyjaśnienia na temat samej nazwy platformy: Chiron to imię najstarszego z centaurów w mitologii greckiej, słynącego z posiadania olbrzymiej wiedzy i wybitnej umiejętności nauczania. Pomysłodawcy innowacji, których celem i ideą jest zapewnienie młodym ludziom nieograniczonego dostępu do edukacji, szukali swojej inspiracji w kulturze starożytnej Grecji, uznając ją za kolebkę demokracji i edukacji wyżej.

Platforma Kiron jest przykładem stworzenia innowacji społecznej dzięki innowacyjnemu wykorzystaniu znanego narzędzia. Platformy e-learningowe to dobrze znany instrument edukacyjny. Jednak zaadresowanie jednej z nich do tak ściśle określonej grupy społecznej i tak efektywne wykorzystanie najważniejszej cechy e-learningu, jaką jest dostępność  – fizyczna, finansowa, administracyjna –  spowodowało, że na nowo odkryliśmy i doceniliśmy potencjał technologii internetowych w rozwiązywaniu problemów – także w obszarze polityki społecznej. Kiron może stać się inspiracją do stworzenia podobnych rozwiązań skierowanych do grup społecznych borykających się z podobnymi trudnościami.

Źródła: https://kiron.ngo/

Fot. https://kiron.ngo/

Kraj: Niemcy

Jeść zdrowo czy tanio? Jeść zdrowo i tanio!

Co zrobić, żeby osoby gorzej sytuowane było stać na zdrowe jedzenie? Sprzedawać je tanio! To właśnie stwierdził i, co ważniejsze, zrealizował były właściciel amerykańskiej sieci handlowej Trader Joe’s. Dougem Rauch, bo o nim mowa, kierowała przede wszystkim świadomość, że najubożsi są paradoksalnie najbardziej narażeni na otyłość. Jak to możliwe? Otóż najtańsze jedzenie to produkty najmniej wartościowe, ale za to kaloryczne, a często również najbardziej przetworzone.

Drugą motywacją Raucha była chęć włączenia się do walki z marnotrawstwem żywności. W Stanach Zjednoczonych każdego roku 40% żywności jest wyrzucane na śmietnik – a tendencja tego zjawiska jest wzrostowa.

Prawdopodobnie nie bez znaczenia dla decyzji fundatora była też chęć swoistego „odpokutowania” za czasy, kiedy był właścicielem sieci Trader Joe’s oskarżanej m.in. o zatajanie informacji o pochodzeniu sprzedawanych produktów i ich składzie.

Efektem „nawrócenia” Raucha stała się innowacja społeczna – ufundowany w 2015 roku sklep Daily Table, działający na zasadzie instytucji not-for-profit. Sklep znajduje się na przedmieściach Bostonu, a model jego działania jest następujący: skupuje bardzo dojrzałe owoce i warzywa, które nie wzbudzają już zainteresowania zwykłych klientów; produkty te są następnie przetwarzane przez zatrudnionych kucharzy na gotowe posiłki lub półprodukty i w tej formie wprowadzane do Daily Table. Sprzedaż gotowych dań jest wyjściem naprzeciw przyzwyczajeniom Amerykanów, którzy w większości w ten właśnie sposób realizują swoje potrzeby obiadowe. Oczywiście gotowe posiłki z Daily Table nie mają nic wspólnego z tymi z supermarketów – poza ceną, która jest równie niska. Zdrowy, pełnowartościowy posiłek można tu kupić już za niecałe 2 dolary.

W ramach promowania zdrowego stylu odżywiania Daily Table prowadzi również bezpłatne warsztaty zdrowego, szybkiego i smacznego gotowania.

Organizacja planuje otworzenie kolejnych sklepów – w samym Bostonie oraz w innych miastach. W ciągu 3 lat działania Daily Table nawiązało współpracę handlową z kilkudziesięcioma dostawcami produktów spożywczych, a także współpracę partnerską z wieloma instytucjami i organizacjami zarówno państwowymi jak i pozarządowymi.

Życzmy powodzenia – oby jak najwięcej takich „zwrotów akcji” w karierze przedsiębiorców, skutkujących innowacyjnymi rozwiązaniami problemów społecznych.  Z pewnością obecna działalność przynosi Dougowi Rauchowi niemniejszą satysfakcję niż poprzednia. Zaryzykujemy nawet stwierdzenie, że większą. I oby inni mu pozazdrościli.

Źródła:

http://dailytable.org/

http://www.miasto2077.pl/zdrowa-i-tania-zywnosc-dla-ubogich/

fot. http://dailytable.org/

Kraj: USA

M-Pesa – mobilne płatności bez Internetu i banków

Niektóre projekty (paradoksalnie) stają się innowacjami społecznymi dzięki temu, że ich pomysłodawcy potrafią wykonać krok wstecz w stosunku do procesów/standardów/technologii aktualnie królujących w krajach wysoko rozwiniętych.

Tak właśnie dochodzi się do innowacyjnych rozwiązań problemów powszechnych w krajach rozwijających się. W tym przypadku był to problem braku dostępu do bankowości większości obywateli Kenii. W Kenii nie tylko brak było oddziałów bankowych i bankomatów, ale także mało kto posiadał konto bankowe. Utrudniało to znacząco nie tylko funkcjonowanie zwykłym ludziom (kłopoty z przekazywaniem pieniędzy na odległość, opłacaniem rachunków itd.), ale także hamowało rozwój gospodarczy kraju. Operowanie wyłącznie gotówką skutkowało również wszechobecnymi nadużyciami, na czele z bardzo częstym przywłaszczaniem środków przez osoby nieuprawnionym.

Wiemy już, do czego obywatele Kenii nie mieli dostępu. Ktoś więc zadał sobie pytanie – do jakiej formy łączności/komunikowania się Kenijczycy mają powszechny dostęp? Oczywiście nie było mowy o Internecie. Tu właśnie należało wykonać ten symboliczny krok „do tyłu” i zauważyć, że siła tkwi w sieci telefonii komórkowej. W przeciwieństwie do bankowości czy Internetu zasięg telefoniczny w Kenii pokrywał już od dawna zdecydowaną większość kraju (tzn. ma do niego dostęp zdecydowana większość obywateli). Należało więc połączyć bankowość z siecią telefoniczną.

Podjął się tego operator Safaricom (obecnie część Vodafone) tworząc platformę bankowości mobilnej M-Pesa. Platforma ruszyła w 2007 roku, a już 12 miesięcy później posiadała 2 miliony użytkowników (wbrew ostrożnym przewidywaniom operatora, który założył wynik 60 000). Dziś, po 11 latach istnienia, na platformie zarejestrowanych jest ponad 30 milionów kont, a sam serwis dostępny jest już w 10 krajach – w Kenii, Tanzanii, Demokratycznej Republice Konga, Lesotho, Egipcie, Ghanie, Mozambiku, Indiach, ale także w Albanii i Rumunii!

Aby wyjaśnić fenomen M-Pesa – szczególnie na gruncie pierwotnym – kenijskim – należy wymieć wszystkie funkcjonalności systemu. Platforma pozwala przede wszystkim założyć konto przypisane do swojego numeru telefonu. Z tego konta można opłacać wszelkie rachunki, a także płacić za praktycznie wszystkie produkty i usługi – od zakupów w sklepie spożywczym, przez zakup gazety od ulicznego sprzedawcy, po bilety lotnicze. Na konto w serwisie można również otrzymywać wypłatę. Pozwala także na przelewanie pieniędzy innym użytkownikom (natychmiastowe!) oraz osobom niezarejestrowanym. Z konta można oczywiście wypłacać gotówkę – w tysiącach punktów (mikroagencji) w całej Kenii. Transakcje wykonuje się i potwierdza SMS-owo oraz PIN-em. Wszystko to sprawiło, że M-Pesa jest w Kenii wszechobecna. Korzystają z niej osoby w każdym wieku, płacąc za niemal każdy rodzaj produktów lub usług, opłacając rachunki, mandaty i kieszonkowe swoich dzieci. Safaricom w międzyczasie wprowadziło kolejne usługi powiązane z systemem, np. serwis ubezpieczeń i pożyczek. Warto dodać, że prowizja nałożona przez operatora na wszystkie operacje wykonywane za pomocą serwisu jest symboliczna.

M-Pesa nie tylko w wieloraki sposób ułatwiła Kenijczykom codzienne życie oraz pozwoliła na rozwój wszelkich usług, ale też ograniczyła znacząco wspomniane wcześniej, a spotykane na każdym kroku, nadużycia finansowe. Wkraczanie serwisu do kolejnych krajów świadczy o tym, że jest to rozwiązanie uniwersalne i skuteczne w wielu miejscach borykających się z podobnymi problemami. Trzeba jednak przyznać, że w żadnym kraju nie robi na razie tak zawrotnej kariery, jak w Kenii. M-Pesa to po prostu kenijskie rozwiązanie szyte na miarę kenijskiej rzeczywistości, którego efektywność przerosła oczekiwania twórców oraz granice państwa. A nawet kontynentu.

PS. „Pesa” to w języku swahili „pieniądze”; M – to skrót od mobilności.

Źródła: http://www.vodafone.com/content/index/media/vodafone-group-releases/2017/m-pesa-10.html

http://fridomia.pl/2017/03/08/m-pesa-w-kenii-i-nie-tylko/

https://www.safaricom.co.ke/images/Downloads/Resources_Downloads/Safaricom_2017_Annual_Report.pdf

Fot. By Realt0n12 – Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=20290079

https://www.facebook.com/MPesaMocambique/

Kraj: Kenia

Car-sharing – auto na minuty, korzyści na stałe

To, że w mieście można skorzystać z systemu wypożyczalni rowerów (czy to publicznego, czy prywatnego) jest obrazem już dość dobrze utrwalonym w świadomości mieszkańców polskich miast. Korzystanie z wypożyczonych rowerów, zamiast użytkowania własnych,  podbiło serca Polaków z wielu powodów: po pierwsze nie każdy ma rower, po drugie własny rower wymaga dbania o przeglądy i naprawy; po trzecie własny rower (niestety) strach zostawić w przypadkowym miejscu w mieście; po czwarte własnego roweru zwykle nie zabierzemy ze sobą odwiedzając inne miasto itp., itd.

Od razu narzuca się pytanie, czy w podobny sposób nie można by rozwiązać problemu przemieszczania się po mieście samochodem? Otóż można! Jest to właśnie usługa „car-sharingu” – w Polsce dopiero raczkuje, ale w niektórych krajach Europy Zachodniej, a szczególnie w Stanach Zjednoczonych, króluje już od dobrych kilku lat.

Car-sharing jest jednym z przejawów „sharing economy” czyli ekonomii współdzielenia. Polega na stworzeniu w mieście sieci stacji, w których można wypożyczyć/oddać samochód lub, alternatywnie, na wyposażeniu samochodów w nadajniki GPS, tak, że możliwe będzie ich wypożyczenie/oddanie w dowolnym miejscu. Ten drugi mechanizm zwykle bardziej zachęca użytkowników. Płaci się za czas przejazdu (liczony najczęściej w minutach) oraz za przejechane kilometry. Niższa jest opłata za minutę postoju, a wyższa za minutę jazdy. W Polskich warunkach daje to zwykle w przeliczeniu nieco więcej niż złotówkę za kilometr.

Car-sharing jest czymś więcej niż tylko alternatywą dla korzystania z taksówek. Właściciele systemów car-sharingowych twierdzą nawet, że te dwa rodzaje usług właściwie ze sobą nie konkurują – ponieważ sytuacje, w których wybieramy taksówkę są inne niż te, w których sami siadamy za kierownicą. Tak więc wypożyczony samochód to raczej zamiennik własnego auta użytkownika.

A z tego już dość łatwo wysnuć pozytywne wnioski na temat rezultatów, jakie może przynieść ze sobą wprowadzenie car-sharingu do miast. Wypożyczenie samochodu na minuty to oczywiście opcja przede wszystkim dla osób rzadko korzystających z samochodu. Wypożyczanie auta kilka razy w miesiącu na dość krótkie dystanse jest znacznie tańsze niż utrzymywanie własnego auta, które tylko z rzadka opuszcza miejsce parkingowe. Tak więc, dzięki dostępności usługi car-sharingu, sporadyczni użytkownicy samochodów mogą zrezygnować z ich posiadania. A takich w rzeczywistości miejskiej jest bardzo wielu. A więc i skutek może być znaczący.

Czy rzeczywiście jest? Od niedawna mamy na to pytanie konkretną odpowiedź. Naukowcy z Transportation Sustainability Research Center Uniwersytetu Berkeley dokonali oceny rzeczywistych efektów działania systemu Car2Go w pięciu miastach Ameryki Północnej: Waszyngtonie, Seatle, San Diego, Calgary i Vancouver. Ustalono, że jeden samochód dostępny w car-sharingu wypiera z dróg od 7 do 11 samochodów prywatnych. W badanych miastach liczba aut prywatnych spadła o 28 tysięcy, a kierowcy przejechali 144 mln mil mniej niż wcześniej własnymi samochodami.

Konsekwencją takiego stanu rzeczy są oczywiście oszczędności na poziomie gospodarstw domowych, ale także konkretne skutki środowiskowe i społeczne. Mniej samochodów na drogach, to przede wszystkim mniejsza emisja zanieczyszczeń, a więc lepsze warunki życia mieszkańców miast. W Waszyngtonie wprowadzenie Car2Go spowodowało spadek emisji spalin o 18 procent! Mniejsza liczba pojazdów wyjeżdżających codziennie na ulice, to też mniejsze zatłoczenie, a więc lepsze warunki dla autobusów miejskich oraz wszelkich służb.

To właśnie dlatego usługa car-sharingu może być uznana za innowację społeczną – na różne sposoby przyczynia się do podniesienia poziomu życia mieszkańców miast. W Polsce funkcjonuje kilka firm oferujących taką usługę – największe to Traficar i PANEK CarSharing. Trzymajmy kciuki, aby jej dostępność i popularność w polskich miastach w krótkim czasie wzrosła na tyle, aby i u nas przynieść wymierne korzyści społeczne i środowiskowe. Szczególnie w obliczu koniecznej, a na razie bardzo…subtelnej walki władz polskich miast ze smogiem. Jednak sam car-sharing, aby się rozwijać, również potrzebuje wsparcia władz miast – w postaci sprzyjających przepisów, np. obniżenia opłat za parkowanie użytkownikom tego typu aut lub zezwolenia na jazdę buspasami. Brzmi odlegle…? Obyśmy jak najszybciej przekonali się, że wszystko jest możliwe!

Źródła: http://www.miasto2077.pl/car-sharing-pustoszy-ulice-jeden-samochod-wspolny-wypiera-az-jedenascie-prywatnych/

http://moto.pl/MotoPL/7,88389,22053314,car-sharing-czy-to-sie-oplaca-porownalismy-oferty-firm-ktore.html

fot. https://www.facebook.com/pg/car2go

Kraj: USA, Polska

Przez żołądek do innowacji społecznej

Wydaje się, że z takiego właśnie założenia wyszli twórcy Eataway – projektu-akcji, którego podstawą jest zapraszanie do siebie i gotowanie dla zupełnie obcych, przypadkowych osób. Z jednej strony brzmi to banalnie, z drugiej nieco przerażająco – a w rzeczywistości okazuje się wspaniałym lekiem na wiele różnych społecznych dolegliwości.

Zacznijmy od początku. W 2015 roku Krakowianka Marta Bradshaw podróżowała wraz ze swoim mężem po Polsce. Po odwiedzeniu wielu restauracji i serii kulinarnych rozczarowań zamarzyła, aby móc stołować się u prywatnych osób i jeść lokalne domowe obiady. Tym bardziej, że jako Polka była przekonana o polskiej gościnności i talentach kulinarnych. Wróciwszy do Krakowa z miejsca wprowadziła swój pomysł w życie – postanowiła, że w każdą środę będzie zapraszać innych ludzi do siebie do domu na obiad. Zaproszenie, rozpowszechniane w Internecie, dotyczyło każdego, kto miał akurat w tym dniu i o tej porze ochotę na domowy obiad.

Na pozór szalona idea rozwinęła się błyskawicznie w międzynarodową akcję i doprowadziła do stworzenia międzynarodowej społeczności kucharzy i ich gości. Całość funkcjonuje dzięki platformie internetowej „Eataway.com”, w której rejestrują się kucharze oraz amatorzy domowych posiłków. Ponieważ wizyta u kogoś na obiedzie w ramach Eataway jest alternatywą wizyty w restauracji, za posiłek się płaci. Cena jest ustalana przez kucharza. Całość procesu  – ogłoszenie posiłku przez kucharza, rezerwacja miejsc, opłata i kontakt z kucharzem odbywają się za pomocą platformy.

Dlaczego Eataway można zakwalifikować do innowacji społecznych? Ponieważ jest nowatorskim projektem, który pomaga w radzeniu sobie z wieloma problemami społecznymi:

  1. Pomaga w nawiązywaniu kontaktów pomiędzy przedstawicielami różnych grup społecznych, którym w innych okolicznościach trudno byłoby się spotkać lub znaleźć wspólny język: to osoby w różnym wieku, różnych zawodów, o różnym statusie społecznym i materialnym, z różnych regionów, o różnych poglądach, zainteresowaniach itd.
  2. Szczególnym przypadkiem tego jest nawiązywanie kontaktów z otoczeniem przez osoby przyjezdne z innych krajów, szczególnie tych znacznie odrębnych kulturowo.
  3. Działalność w ramach „Eataway” może być też sposobem na pracę zarobkową, i znów – szczególnie dla osób z różnych powodów wykluczonych z regularnego rynku pracy – zwłaszcza przybyszów z innych krajów, ale też dla osób starszych, kobiet wychowujących dzieci i wielu innych.
  4. Eataway to także dzielenie się kulturą i podtrzymywanie tradycji – zarówno wśród Polaków z różnych regionów kraju, jak i dla gości z zagranicy. Wspólne gotowanie i jedzenie tradycyjnych potraw to nie tylko sposób na podzielenie się swoją kulturą z innymi, ale również na pielęgnowanie jej we własnej rodzinie czy społeczności.

Podsumowując, Eataway stało się inicjatywą wybitnie „włączającą” – wspiera tworzenie wielorakich więzi społecznych, staje się drogą do wyjścia z izolacji oraz pomaga ominąć różne pułapki, które mogłyby skutkować społecznym wykluczeniem. Z drugiej strony, a może właściwie z pierwszej!, uczestnictwo w Eataway jest dla kucharzy i ich gości potężnym źródłem radości, satysfakcji i wspaniałych doznań kulinarnych – po prostu bajka!

Wszystkie szczegóły na temat funkcjonowania platformy „Eataway.com” i uczestnictwa w inicjatywie można znaleźć na stronie www.eataway.com.

Źródło: https://www.eataway.com/

Fot. https://www.facebook.com/eataway/

Kraj: Polska i świat

Opowieść o pięciorozmiarowych butach

Wszyscy znamy historię o butach siedmiomilowych. A kto słyszał o butach pięciorozmiarowych? Niewielu. Tymczasem okazuje się, że te drugie są nawet lepsze niż te pierwsze. Jak to możliwe? Otóż, w przeciwieństwie do siedmiomilowych, są prawdziwe. I rozwiązują prawdziwy problem.

The Shoe That Grows („Buty, które rosną”), czyli buty regulowanej długości, zostały stworzone przez organizację charytatywną Because International specjalnie na potrzeby dzieci i młodzieży z biednych krajów Afryki, Ameryki Południowej i Azji. W wyglądzie przypominają sandały, jednak o bardzo porządnej i wytrzymałej konstrukcji. Ich najważniejszą cechą jest to, że można regulować ich rozmiar, powiększając je o pięć rozmiarów. W związku z tym buty takie powinny służyć jednemu dziecku przez około 5 lat.

Aż dziwne, że ktoś nie wymyślił tego wcześniej, prawda? Przecież widok bosych lub ubranych w resztki butów dzieci z krajów tzw. Trzeciego Świata jest nam tak dobrze znany! A może właśnie dlatego? Wydawało się, że to normalny stan rzeczy – zmiany niewymagający albo do zmiany niemożliwy.

Tymczasem zapewnienie dzieciom z biednych krajów obuwia to nie tylko kwestia ich wygody, ale przede wszystkim sposób na ochronę przed chorobami przenoszonymi przez glebę. W tej chwili na choroby takie cierpi około 1,5 miliarda ludzi.

Na usprawiedliwienie tego, że regulowane buty dla dzieci powstały dopiero kilka lat temu, można przywołać fakt, że proces ich projektowania i testowania trwał aż 5 lat. Autorstwo wdrożonego projektu należy do Amerykanina Kentona Lee, który wpadł na pomysł stworzenia regulowanych butów podczas swojego pobytu w Kenii w 2007 roku. Od 2012 roku rozprowadzonych po świecie zostało 120 tysięcy par, które trafiły do 91 krajów. Jednak para takich butów kosztuje około 50 zł, a produkowane są w Chinach i w Etiopii. Szczegółowe informacje na temat projektu można znaleźć na stronie www.theshoethatgrows.org.

Historia The Shoe That Grows dobitnie pokazuje, że miejsce na innowację społeczną pojawia się tam, gdzie ktoś, w przeciwieństwie do tysięcy osób przed nim, zobaczy nie sam problem, a możliwość jego rozwiązania. W konsekwencji innowacja społeczna zaskakująco często opiera się na realizacji bardzo prostego pomysłu. Sama realizacja może wymagać wykorzystania bardziej zaawansowanych środków, jednak podstawą jest pomysł. I zdolność dostrzegania możliwości tam, gdzie inni widzą wyłącznie ograniczenia.

Źródła: https://becauseinternational.org/

https://theshoethatgrows.org/

https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/pomoc-dla-krajow-trzeciego-swiata/lfr9xgv

fot. https://www.facebook.com/TheShoeThatGrows/

Kraj: USA

Gospodarstwa opiekuńcze – czyli rolnictwo społeczne, jako nowa perspektywa dla gospodarstw rolnych

Gospodarstwa opiekuńcze – pod tą przyjemną dla ucha nazwą kryją się nowe możliwości rozwoju dla gospodarstw rolnych, a tym samym perspektywa lepszej przyszłości obszarów wiejskich.

Od kilkudziesięciu już lat kwestia efektywnego funkcjonowania obszarów wiejskich jest poważnym problemem niemalże wszystkich krajów Europy. Mamy tu do czynienia z całym zestawem wyzwań – wyludnianiem się obszarów wiejskich, koniecznością dywersyfikacji dochodów, szczególnie w małych gospodarstwach rolnych, czy niewykorzystanymi zasobami siły roboczej w gospodarstwach rolnych – to tylko niektóre z nich.

Wymyślenie innowacyjnego, powtarzalnego w skali świata lekarstwa na powyższe problemy już byłoby ogromnym sukcesem. A jednak ktoś poszedł jeszcze dalej i zaprojektował taką formę funkcjonowania gospodarstw rolnych, która nie tylko na nowo nadaje im rację bytu, a ich właścicielom zapewnia realne dochody, ale również rozwiązuje problemy innych grup społecznych.

Gospodarstwa opiekuńcze, bo o nich właśnie mowa, mogą być odpowiedzią na potrzeby rolników oraz jednocześnie osób niepełnosprawnych, osób starszych, osób z demencją i innych grup zagrożonych wykluczeniem społecznym. Na czym polega ich funkcjonowanie? Najczęściej działają na zasadzie dziennych (czasem całodobowych) ośrodków opieki/pobytu/terapii lub aktywności włączającej. Gospodarstwa rolne wraz z całym swoim wyposażeniem, rytuałami, obowiązkami, zwierzętami i naturalnym otoczeniem mogą stać się idealnym miejscem wypoczynku, terapii i/lub integracji – w ten sposób ich istnienie na nowo nabiera realnego sensu społecznego i ekonomicznego.

Tak więc rozwijanie usług społecznych na obszarach wiejskich może być skutecznym sposobem na przezwyciężenie wielu negatywnych zjawisk społeczno-ekonomicznych: tych związanych z funkcjonowaniem obszarów wiejskich, ale też takich, jak starzenie się społeczeństwa, niewystarczająca liczba placówek opiekuńczych dla osób starszych, wysokie koszty zapewnienia opieki osobom starszym i osób niesamodzielnym, osamotnienie osób starszych, związane m.in. z emigracją najbliższych członków rodziny, izolacja społeczna przedstawicieli niektórych grup społecznych (np. osób niepełnosprawnych intelektualnie, byłych więźniów, byłych narkomanów itp.).

Jak możemy przeczytać na stronie Centrum Doradztwa Rolniczego w Brwinowie Oddział w Krakowie (http://www.gospodarstwa-opiekuncze.pl/) wdrażającego obecnie pilotażowy projekt związany rozpowszechnianiem idei gospodarstw opiekuńczych („Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich: Europa inwestująca w obszary wiejskie”. Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Krajowej Sieci Obszarów Wiejskich. Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014-2020), gospodarstwa te „wpisują się w nurt tzw. rolnictwa społecznego. Jest to alternatywne podejście do rolnictwa opierające się na założeniu, że zasoby gospodarstwa rolnego mogą być efektywnie wykorzystane do innej działalności. Można zatem rozumieć rolnictwo społeczne jako połączenie działalności rolniczej z działalnością społeczną w wyodrębnionych czterech obszarach: zajęcia reedukacyjne i terapeutyczne; integracja poprzez pracę i włączanie społeczne; działania pedagogiczne; usługi opiekuńcze”.

W Polsce idea gospodarstw opiekuńczych jest również  obecnie wdrażana przez Kujawsko – Pomorski Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Minikowie w partnerstwie z Lokalną Grupą Działania „Bory Tucholskie” w ramach projektu „Zielona opieka – gospodarstwa opiekuńcze w woj. kujawsko-pomorskim” (w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Kujawsko- Pomorskiego na lata 2014-2020, jest to oś priorytetowa IX realizowana ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego, poddziałanie dedykowane usługom społecznym – http://www.opieka.kpodr.pl/pl/zielona-opieka/o-projekcie/).

Jak to w przypadku wielu innowacji społecznych bywa, o ile w naszym kraju jesteśmy świadkami pierwszych prób wdrażania idei, o tyle w wielu krajach Europy zachodniej funkcjonuje ona z powodzeniem już od ponad 20 lat. Pierwsze tego typu gospodarstwa pojawiły się w Europie w połowie lat 90. XX wieku w Holandii. W tej chwili działają także np. w Wielkiej Brytanii i we Włoszech – nazywane są różnie: Social Farming, Farming for Health, Green Care, Care Farming, Green Exercise, Agricultural Therapy, ale wszystkim przyświecają te same, opisywane wcześniej cele.

Implementacja idei gospodarstw opiekuńczych w Polsce jest dużym wyzwaniem, które wiąże się z koniecznością poszukiwania odpowiednich form prawnych i organizacyjnych dla tego typu podmiotów, potrzebą określenia źródeł ich finansowania oraz sposobu działania. Informacje na temat przyjętych w powyższych kwestiach rozwiązań dostępne są m.in. na stronie http://www.gospodarstwa-opiekuncze.pl/.

Warto śledzić rozwój tej innowacji w Polsce, warto o niej opowiadać i jej kibicować, gdyż w naszym kraju, ze względu na szczególnie wysoki odsetek osób wciąż zatrudnionych w sektorze rolniczym, a z drugiej strony nie omijające nas przecież starzenie się społeczeństwa, może stać się prawdziwym wybawieniem i realnym sposobem na wyrównywanie szans – wielu grup społecznych jednocześnie.

Źródła: http://www.gospodarstwa-opiekuncze.pl/

http://witrynawiejska.org.pl/component/k2/item/46721-gospodarstwa-opiekuncze

http://www.opieka.kpodr.pl/pl/zielona-opieka/o-projekcie/

http://ksow.pl/projekty-partnerow-jc-ksow/gospodarstwa-opiekuncze-rozwijanie-uslug-spolecznych-na-obszarach-wiejskich.html

fot. http://kpodr.com.pl/opieka_old/index.php/component/content/article?layout=edit&id=36

Kraje: Holandia, Wielka Brytania, Włochy, Polska

Dzień dobry, chciałbym zamówić autobus

Autobusy miejskie na telefon. Choć innowacja ta została wymyślona już kilkanaście lat temu (we Włoszech), a i w jednym z polskich miast funkcjonuje od lat ponad dziesięciu, to wciąż mało kto o niej słyszał – nawet w samym Krakowie – bo o nim właśnie mowa! Dopiero w zeszłym roku Kraków znalazł swojego naśladowcę – podobną usługę wprowadzono w jednej z dzielnic Szczecina.

Jak to działa? Usługę telebusów (bo taką nazwę otrzymały) wprowadzono w Krakowie w 2007 roku w ramach unijnego projektu o nazwie CIVITAS CARAVEL. Celem było zapewnienie dostępu do transportu publicznego dzielnicom, w których liczba użytkowników jest zbyt mała, aby opłacalne było utrzymywanie tam stałej linii autobusowej. Linia krakowskich telebusów ma określoną trasę przejazdu (określony zestaw przystanków) oraz swoją własną dyspozytornię. Mieszkaniec zainteresowany skorzystaniem z autobusu musi zadzwonić do dyspozytorni (najpóźniej pół godziny przed planowanym odjazdem) i zamówić kurs – określając przystanek początkowy i końcowy oraz godzinę startu lub zakończenia przejazdu.

Wzorem włoskich prekursorów usługa realizowana jest przez niewielkie, kilkunasto-dwudziestoosobowe autobusy, a najdalszym możliwym do wyboru celem podróży (jeśli podróż zaczynamy „z domu”, a jej początkiem, jeśli przychodzimy „z miasta”) jest najbliższa danej dzielnicy pętla autobusowa lub większy węzeł przesiadkowy. Przejazdy telebusami realizowane są w ramach zwykłego systemu biletów na komunikację miejską, a godziny funkcjonowania usługi są podobne jak wszystkich dziennych autobusów – od wczesnych godzin porannych do późnego wieczora.

Opisywana innowacja jest, jak widać, rozwiązaniem powtarzalnym i wprowadzając ją w kolejnym mieście można, a nawet należy, inspirować się już funkcjonującymi modelami (tak, jak było w przypadku Krakowa i miast włoskich oraz Szczecina i Krakowa). Jednak trzeba też pamiętać, że wdrożenie jej w nowym miejscu wymaga stworzenia modelu usługi dopasowanego do realiów danego miasta – każdorazowo konieczne jest określenie modelu finansowania, grupy docelowej, sposobu realizacji kursów i tras, rodzaju wykorzystanego taboru, taryf, sposobu pracy dyspozytorni oraz zasad wzajemnych rozliczeń pomiędzy organizatorem a operatorem.

Mimo wieloletniej praktyki pomysł wciąż wzbudza kontrowersje, przede wszystkim jeśli chodzi o jego uzasadnienie ekonomiczne. Próba wprowadzenie go w życie w każdym kolejnym mieście spotyka się co najmniej ze sceptycyzmem – zarówno ze strony urzędników, jak i mieszkańców – choć najczęściej tych dzielnic, które są objęte siecią stałego transportu publicznego i nie chcą finansować „ze swojej kieszeni” „wątpliwego” rozwiązania.

Oczywiście, wszelkie tego typu wątpliwości należy za każdym razem od nowa przeanalizować. Jednakże fakt, że w Krakowie telebusy działają nieprzerwanie od ponad 10 lat, pozwala podejrzewać, że innowacja ta jest dość potrzebna i użyteczna.

Ps. Po Szczecinie rozwiązaniem zainteresowała się Warszawa…

Źródła: http://www.mpk.krakow.pl/pl/tele-bus/

http://infobus.pl/rok-tele-busa-w-krakowie_more_64694.html

http://www.zditm.szczecin.pl/pasazer/rozklady-jazdy,transport-na-zadanie

http://warszawa.naszemiasto.pl/artykul/autobusy-na-telefon-w-warszawie-sami-wybierzecie-godzine,4262689,art,t,id,tm.html

Aplikacja pomagająca dowozić dzieci i integrować rodziców

Oto kolejny przykład wykorzystania nowych technologii do rozwiązania problemu, który być może nie należy do kluczowych problemów społecznych współczesnego świata, ale za to stanowi wieczne zmartwienie określonej grupy społecznej – tym razem chodzi o rodziców dzieci w wieku szkolnym.

W czasach, kiedy niemalże każde dziecko uczęszcza na zajęcia pozalekcyjne i zazwyczaj nie są to zajęcia w osiedlowej świetlicy, a także często sama szkoła znajduje się w sporej odległości od domu, problem wożenia swoich pociech z jednego miejsca w drugie, w połączeniu z realizacją innych codziennych potrzeb transportowych, staje się prawdziwym wyzwaniem logistycznym. Oczywiście można poprosić o pomoc rodziców innych dzieci, ale to znów wymaga organizacji i zaplanowania, w dodatku przez obydwie rodziny. Z drugiej strony działanie w pojedynkę może skończyć się spędzaniem całych popołudni i wieczorów na przewożeniu i oczekiwaniu na swoje dzieci.

Dwie mamy z Melbourne postanowiły podejść do sprawy konstruktywnie, przy okazji podejmując wyzwanie poznania i aktywizacji całej grupy rodziców dzieci ze „swojej” klasy. Panie stworzyły aplikację Parachuute i zaprosiły do korzystania z niej wyżej wymienionych. Aplikacja służy wprost do zamieszczania i korzystania z ofert podwózki dzieci do szkoły i na zajęcia dodatkowe. Oferta może być jednorazowa albo cykliczna. Podwózki to oczywiście forma darmowej przysługi, którą należy po prostu kiedyś, w dogodnym momencie, odwzajemnić.

Jak się okazało, aplikacja Parachuute spełniła znakomicie nie tylko dedykowaną jej rolę pomocy logistycznej, ale również przyczyniła się do rzeczywistej integracji społeczności rodziców tej klasy. Dzięki niej rodzice dzieci z jednej klasy nawiązali ze sobą wielostronny kontakt i zaczęli sobie pomagać także w innych, niż podwożenie dzieci, sytuacjach. A niektórzy na przykład dowiedzieli się, że są sąsiadami.

Innowacja ta to bardzo podnoszące na duchu zaprzeczenie twierdzeniu, że to dzisiejsze „siedzenie w telefonach” tylko ludzi od siebie oddala. Jak widać czasami wręcz przeciwnie.

Źródło: https://www.parachuute.com/

Kraj: Australia

Plac na wyższym poziomie

Niemal wszyscy znamy to uczucie bezradności, kiedy stojąc po jednej stronie Wielkiego Miejskiego Skrzyżowania z tęsknotą patrzymy na miejsce po jego drugiej stronie i czujemy, jakbyśmy mieli do przekroczenia co najmniej Morze Czerwone. W dodatku bez możliwości skorzystania ze środków dostępnych kiedyś Mojżeszowi.

Nie inaczej wygląda sytuacja na Viru Valjak, czyli tallińskim placu Viru. Który właściwie w tej chwili trudno już nazwać placem – jest to ogromne skrzyżowanie kilku dwupasmowych dróg oraz torów tramwajowych. Kiedyś rzeczywiście była to przestrzeń publiczna, którą jednak najpierw zmieniono w parking przed domem towarowym, a następnie w opisane skrzyżowanie, które jest na tyle duże, że wręcz rozdziela na trzy części centrum miasta.

Wydawałoby się, że historia placu zakończyła się raz na zawsze i jest to smutne zakończenie. A jednak władze miasta spostrzegły swój błąd i postanowiły spróbować przywrócić Viru Valjak mieszkańcom. W tym celu ogłoszony został otwarty konkurs architektoniczny na nowe zagospodarowanie placu. W ramach konkursu trójka amerykańskich projektantów zaproponowała przywrócenie na Viru Valjak przestrzeni publicznej dostępnej mieszkańcom Tallina. Nie miała jednak na myśli rozebrania skrzyżowania, bo to jedynie zmieniłoby jeden problem w kolejny, ale nadbudowanie nowego placu nad skrzyżowaniem. W tym celu istniejący układ dróg zostałby obniżony, tak, aby zawieszony nad nimi nowy plac znajdował się na poziomie otaczających ulic i chodników.

Takie rozwiązanie pozwoliłoby nie tylko uzyskać (odzyskać) przestrzeń publiczną w centrum miasta, ale również ponownie połączyłoby podzielone centrum Tallina w jedną całość – z pewnością ku wielkiej wdzięczności jego pieszych użytkowników. Trzymamy kciuki, aby pomysł został wprowadzony w życie. A wtedy może zainspiruje do działania władze innych wielkich rządzonych głównie przez samochody miast Europy?

Źródło: http://vision2015.tab.ee/en/about-2/

Kraj: Estonia